-

boson : nihil est sine ratione

Kamień, Kaliszanie oraz ład i porządek w Tłokini

Patronka Kalisza w kościele św. Ducha w Pesthidegkút na Węgrzech

__

Requiem dla ziemiaństwa - Mieczysław Jałowiecki:

"Kamień słynął szeroko z wysokiego poziomu gospodarstwa, ładu i porządku, mimo że przez pięć pokoleń rodziły się tutaj same córki i one dziedziczyły majątek. Zmieniały się nazwiska i herby, Kamień jednak jak ta skała wśród burzliwego morza powstań i wojen pozostał w rękach jednej rodziny, z czego można wyciągnąć naukę, że panie na Kamieniu potrafiły swoich małżonków trzymać ostrą ręką i nakłonić do właściwego administrowania dziedziczną schedą.

...

Przeszło jednak sporo czasu, zanim oswoiłem się z nowym otoczeniem i poznałem tutejszych ludzi. Najprędzej zapoznałem się ze służbą dworską i pracownikami kamieńskimi. W Kaliskiem prawie wszyscy ziemianie gospodarowali osobiście, bez administracji, a jedynie przy pomocy nieocenionych w swoim rodzaju włodarzy.

Każdy majątek miał dwóch włodarzy: jednego od robót konnych, a drugiego od prac ręcznych. Byli to zwykle ludzie, którzy swoimi zdolnościami wybijali się ponad zwykły poziom. Przeważnie świetni fachowcy, obeznani od dzieciństwa z wszelkiego rodzaju robotami na roli, a często mający spore doświadczenie nabyte w Niemczech, dokąd za dawnych czasów większość ludności udawała się na prace sezonowe.

Włodarze znali na wylot robotników i wiedzieli czego można od nich żądać, jaką pracę można wykonać w określonym czasie, mieli bardzo wyostrzony zmysł spostrzegawczy i niespotykane wyczucie roli. Do ich cech ujemnych należały: nagminna skłonność do kieliszka i skłonność do samorzutnego wynagradzania siebie przy młócce, przy zdawaniu obroku, przy sprzątaniu roślin pastewnych i okopowych... W sumie jednak te przekroczenia kosztowały przynajmniej trzy czwarte mniej niż utrzymanie rządcy; patrzono więc na to przez palce jak na coś, co wchodziło w skład obyczajów włodarskich.

W Kamieniu zastałem dwóch włodarzy: Dziubka od fornali i Tabakę od „ręczniaków". Były to pierwszej klasy stare wygi i obaj niepośledni pijacy. Obydwaj znali się doskonale na roli i gdy chcieli, mogli dokonywać cudów; od razu też wiedzieli, kto się na roli zna, a kto nie i w takich przypadkach lubili „pofuszerować".

Dziubek był mały, krępy, bardziej dobroduszny od Tabaki, natomiast Tabaka przewyższał go tak sprytem, jak i zdolnościami pochłaniania alkoholu bez widocznych następstw. Nieraz znajdowano Dziubka, mającego słabą głowę, w półprzytomnym stanie na skraju pola lub na brzegu rowu odpływowego zwanego rowem macicznym. Dziubek był też niepoślednim meteorologiem i przepowiadał pogodę lub deszcz zależnie od kierunku lotu gawronów zwanych w dialekcie miejscowym „glapami".

- Ade proszę jaśnie pana, glapy ciągną od Biernatek, to na jutro pewnikiem będzie lało.
Dziubek miał czterech rosłych synów. Z nich Józef, spryciarz i „żulik", był gajowym w Kamieniu, a drugi, Marcin, który niedawno wrócił z wojska, zaczął pracę u mnie jako zwykły „ręczniak". Awansowałem go na starszego włodarza, bo był zdolny, pracowity, ale jak się później okazało, miał nieco „długie ręce".

Całe to młodsze pokolenie Dziubka służyło w kawalerii, a Józef zaczął swoją karierę w ułanach rosyjskich, by skończyć jako ułan polski. Nie słyszałem, czy się czymś odznaczył w boju, dowiedziałem się jednak, że w czasie ostatniej wojny był mężem opatrznościowym szwadronu. Potrafił on spod ziemi wydostać kury, kaczki, gęsi, którym szybko ukręcał szyje i nieznacznym ruchem wkładał swoją zdobycz pod mundur. Jako starszy gajowy Kamienia doskonale prowadził nagonkę, znał wszystkich okolicznych kłusowników i w czasie dorocznych polowań jednym rzutem oka umiał zmiarkować, który z nagonki miał coś na sumieniu i w milczeniu sięgał zręcznie pod koszulę delikwenta i wyciągał postrzelonego bażanta lub królika.

Niestety, po kilku latach Józef rozwydrzył się nieco, więc byłem zmuszony podziękować mu za wierną służbę. Opuścił Kamień z nieodstępnym, nieco przymorzonym głodem, Zofirem. Każdy bowiem pies Dziubka, będący zwykle trudną do określenia mieszaniną ras, nazywał się tradycyjnie Zofir, co miało oznaczać „zefir".

Jedną z charakterystycznych postaci dawnej służby kamieńskiej był Antoni Józefiak, będący już na emeryturze, ale doglądający jeszcze źrebaków. Był to świetny psycholog, znał na wylot wszystkie słabości dziedziców, umiał jak nikt opowiadać o dawnych czasach i stał się nieodłącznym przyjacielem moich dzieci w czasie ich letnich wakacji.

- Ade proszę panienki - opowiadał mojej córce o majątku mojego teścia - u pana Rumockiego to były fajn budynki. Na dachu każdego był znak. Na stajni koń, na oborze krowa, na kurniku kura, na chlewni świnia, a wszystko wycięte z blachy i pomalowane, a na spichrzu to był szczur z długim ogonem.

Niełatwo mi było przyzwyczaić się do miejscowego dialektu i do swoistego przekręcania liter. Mego teścia zwano panem Rumockim, nie mówiono „przez most" ale „bez most", nie mówiło się „bez czapki" ale „przez czapki", na dziewczyny w polu pokrzykiwało się „ty selero jedna", a każde zdanie zaczynało się „ade". Dużo było również naleciałości niemieckich, jak „hakanie" buraków, „rapsik" czy „pyry" lub „dryl".

...

Wydajność pracy w Kaliskiem trzykrotnie przewyższała wydajność naszych flegmatycznych i powolnych Litwinów. Zastanawiało mnie to tym bardziej, że robotnik, szczególnie sezonowy, odżywiał się znacznie gorzej niż u nas na świętej Żmudzi, gdzie codziennie na obiad parobek musiał mieć mięso, bliny z mąki grochowej, suto zabielany krupnik i okraszoną botwinę, w której pływały grube kawały słoniny.

Pracownicy Kamienia mieli swoje wady, bo któż z nas ich nie ma, ale w gruncie rzeczy byli to doskonali pracownicy i ludzie zacni, oddani swojemu pracodawcy i w chwilach krytycznych można było na nich polegać. Tych ludzi wspominam z miłością i sentymentem.

Sąsiednia wieś Kamień oddzielona była od dworu szosą i wąskim pasem zabudowań folwarcznych. Składała się ona z kilkunastu pełnorolnych gospodarstw. Chłopi byli zamożni, bowiem przy likwidacji serwitutów zostali przez mojego teścia obdzieleni hojnie gruntem. Wieś była zabudowana porządnie, zagrody chłopskie otoczone były sadami, obszerne izby miały wielkie okna, budynki gospodarskie w większości murowane. Na początku wsi mieścił się urząd gminny, nieco dalej szkoła elementarna, wreszcie na wielkim placu nad stawem, na gruntach ofiarowanych przez mojego teścia, mieściła się ochotnicza straż pożarna. W gruncie rzeczy dwór był dobroczyńcą wsi. Za czasów rosyjskich było już w Kamieniu kółko rolnicze, była straż ogniowa, była wreszcie tajna szkółka, w której uczono nie tylko pisać i czytać, ale także historii i geografii. Szkołą opiekowała się moja teściowa, mając do pomocy freblówkę opłacaną oczywiście przez dwór.

Mimo to stosunek wsi do dworu nie był ani przyjazny, ani sąsiedzki. Długie lata administracji rosyjskiej i działalność komisarzy ziemskich, których głównym zadaniem było poróżnienie wsi z dworem, na pewno pozostawiło osad niechęci u chłopów kaliskich. Jednakże i w tym ludzie było coś niesympatycznego, a dominującą cechą chłopa kaliskiego była przebiegłość i fałsz; może demoralizująco wpłynął na to charakter pogranicza z szeroko rozpowszechnionym przemytnictwem, a co za tym idzie pijaństwem i oszustwem. Lud tutejszy był nie tylko zdemoralizowany, ale i zdegenerowany, brzydki, karłowaty, skłonny do bójek, kradzieży i nożownictwa. Nie było w nim nic z kmiecia polskiego.

Mimo to lud ten przy wszystkich swoich wadach miał w głębi duszy niemało cech dodatnich. Niestety, rządy odrodzonej Polski nie tylko nie przyczyniały się do podniesienia poziomu moralnego i kulturalnego chłopa kaliskiego, ale wręcz przeciwnie - patrzyły przez palce na demagogię, bezbożnictwo szerzone wśród ludu przez liczne zastępy półinteligentów, operujących w tak zwanym terenie na polecenie partii chłopskiej czy Wyzwolenia. Bezczelność tych agitatorów partyjnych, którzy niczym wszy oblazły chłopa polskiego, przechodziła wszelkie granice. Często były to kanalie, wobec których rosyjski komisarz ziemski wydawał się człowiekiem nieposzlakowanym.

Gdy jesienią 1922 roku osiadłem w Kamieniu, trafiłem na okres szczególnego rozpanoszenia się demagogii i kadzichłopstwa, na okres różnych karkołomnych eksperymentów społecznych i wyraźnej agitacji komunistycznej. Często słyszałem, i to nawet od bogatych gospodarzy, że chłop polski czeka na bolszewików jak na zbawienie.

Przyzwyczajonemu do przyjacielskich stosunków na Litwie, gdzie chłop był prawdziwym sąsiadem i miał wrodzone poczucie godności osobistej, pierwsze zetknięcie z nowymi sąsiadami nie zostawiło na mnie dobrego wrażenia. Tutaj we wzajemnych stosunkach panował fałsz. Chłop, gdy miał interes, kłaniał się w nogi i upokarzał, natomiast przed kościołem uważałby za dyshonor przywitać się z dziedzicem lub uchylić czapki. Wyniesiona z Litwy naturalna poufałość z chłopem, w warunkach Kongresówki była nie na miejscu, byłaby poczytywana za słabość lub „kadzichłopstwo". Musiałem więc obrać inne metody obcowania z miejscową ludnością i od początku podkreślić, że nie pozwolę przekroczyć pewnych granic, co dało dobre rezultaty.

W samej wsi zauważyłem też daleko idący podział społeczny. Wielkorolny gospodarz uważałby sobie za ujmę zadawać się z małorolnym lub fornalem dworskim. Wśród gospodarzy wyróżniały się tak wyrobieniem, jak i rzeczowym podejściem oraz uprzejmością dawno zasiedziałe we wsi rodziny chłopskie i z nimi dosyć szybko doszedłem do porozumienia.

Plagą natomiast była powiększająca się liczba małorolnych, powstała z parcelacji sąsiedniego majątku Zborowa. Nie można było się obronić od szkód i kradzieży, wypasania zasiewów, wykradania snopów z pola, czy ziemniaków z kopców, a do tego dochodziło jeszcze kłusownictwo. Trzymałem uzbrojoną służbę leśną, która ujrzawszy złodzieja, nie czekając strzelała nabojami nabitymi grubym kalibrem śrutu. Raniony kłusownik czy złodziej polowy nigdy nie przyznawał się gdzie i przez kogo był raniony, ale nauczka skutkowała. Oddawanie spraw do sądu było ze względu na atmosferę polityczną chybione, gdyż sądy z zasady uniewinniały złodziei, przyczyniając się tym samym do coraz większej demoralizacji.

Taki był skutek rywalizacji partii chłopskich o głosy wyborców. We wsiach potworzyły się pod auspicjami płynącymi ze stolicy związki młodzieży wiejskiej patronowane przez partię chłopską, Wyzwolenie, Wici, a potem nie lepsze Związki Strzeleckie, których bezkarność przechodziła wszelkie granice. W czasie nabożeństwa nieraz grupy wyrostków wiejskich hałasowały przed kościołem, śpiewając nieprzyzwoite piosenki ku utrapieniu duchowieństwa. Lepsza część włościaństwa, do którego należało przeważnie starsze pokolenie, nie miała żadnego autorytetu, a często obawiała się o własną skórę, jednak poznałem kilku gospodarzy orientujących się w rozkładowym wpływie partii chłopskich.

...

Niedaleko od Marchwacza leżały dwa dwory, z którymi również utrzymywaliśmy miłe, sąsiedzkie stosunki. Były to Rożdżały należące do państwa Suskich, bliskich krewnych mojej żony, i Tłokinia należąca do pana Ignacego Chrystowskiego.

Pan Ignacy ukończył rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i był doskonałym rolnikiem. Niestety, był również zagorzałym endekiem, wielbicielem Dmowskiego i ruchliwym, a bezkompromisowym działaczem Stronnictwa Narodowego. Z ramienia tegoż stronnictwa był wybrany na posła do drugiego Sejmu. Pan Ignacy z powodu swego nieprzejednanego charakteru bywał często narażony na przykrości ze strony administracji państwowej, szczególnie w okresie rozpanoszenia się BBWR. Ta jego polityczna nieugiętość doprowadziła wreszcie do wycofania się przez niego ze Związku Ziemian, któremu zarzucał oportunizm względem władz administracyjnych i sanacji.

W Tłokini panował ład i porządek. Państwo Chrystowscy mieszkali w pałacyku wybudowanym na miejsce starego dworu i urządzonym z wielkim gustem.

Być może z powodu daleko posuniętego pedantyzmu Tłokinia mimo gościnności gospodarzy i doskonałej kuchni nie była sąsiedztwem „na co dzień". Trzeba było być zaproszonym albo zawczasu oznajmić gospodarzom o swoim przyjeździe. Dom mimo starannego urządzenia był nieco sztywny: wszystko było starannie ułożone na tym samym miejscu, nie znalazło się tam ani ździebełka kurzu. Służący, ubrany zawsze w granatową, odprasowaną liberię, dopełniał solennej atmosfery wszystkich przyjęć w Tłokini."



tagi: socjalizm  polska  chłopi 

boson
6 listopada 2018 06:36
26     1045    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
atelin @boson
6 listopada 2018 08:33

Bardzo ciekawa gawęda. Znam z opowieści rodzinnych, że Kongresówka była "be", a gdyby wszy świeciły jak robaczki świętojańskie, to Kalisz nocą wyglądałby jak Nowy York.

 

 

"Jednakże i w tym ludzie było coś niesympatycznego, a dominującą cechą chłopa kaliskiego była przebiegłość i fałsz; może demoralizująco wpłynął na to charakter pogranicza z szeroko rozpowszechnionym przemytnictwem, a co za tym idzie pijaństwem i oszustwem. Lud tutejszy był nie tylko zdemoralizowany, ale i zdegenerowany, brzydki, karłowaty, skłonny do bójek, kradzieży i nożownictwa. Nie było w nim nic z kmiecia polskiego."

To trochę przypomina mi Zgorzelec dziesięć lat temu, ale to inna historia...

zaloguj się by móc komentować

boson @boson
6 listopada 2018 08:40

Kaliski jezuita-astronom:

Pod koniec 1613 roku, mimo poważnej choroby, Malapert zostaje wysłany przez swoich przełożonych do Polski. Nieznane są motywy tej decyzji. Początkowo Karol trafia do kolegium w Poznaniu a później do Kalisza. Tam przez dwa lata nauczał matematyki. W czasie wolnym od pracy dydaktycznej zaczął zajmować się własnymi badaniami które dotyczyły matematyki i astronomii. Jego uczniami i współpracownikami było dwóch polskich jezuitów: Szymon Perovius i Aleksy Sylvius. Malapert był pierwszym astronomem w Polsce który do swoich badań używał lunety. W 1614 roku, idąc za radą jezuity Christopha Scheinera zaczął stosować helioskop w badaniu plam słonecznych, które uważał za planety. Dzięki jego działalności Kalisz stał się najprężniej działającym ośrodkiem astronomicznym w Polsce. Przy pomocy Sylvusa skonstruował trzy typu przyrządów obserwacyjnych, które miały później wpływ na rozwój astronomii i techniki optycznej. W 1615 roku wydał, przy pomocy kaliskiego drukarza Gedeliusza, swój zbiór wierszy Variorum poematum fasciculus i parę innych dzieł, w tym tragedię Sedecias, którą dedykował królewiczowi Władysławowi Wazie. Była ona później przedrukowywana i tłumaczona w różnych krajach Europy. Znajomości zawarte w Polsce okazały się trwałe i Malapert korespondował z Peroviusem. Sylvus natomiast wyjechał razem ze swoim nauczycielem.

zaloguj się by móc komentować

boson @atelin 6 listopada 2018 08:33
6 listopada 2018 08:43

Może warto ją opowiedzieć?

(10 lat temu? A teraz jest dużo lepiej?)

zaloguj się by móc komentować

boson @boson 6 listopada 2018 08:40
6 listopada 2018 08:50

Aleksy Sylvius, Aleksy Sylwiusz Polonus, także Leśniak (ur. 1 czerwca 1593, zm. ok. 1656) – astronom polski, duchowny katolicki.

Kształcił się początkowo w Lesznie, a po 1610 rozpoczął naukę w kolegium jezuickim w Kaliszu...

Około 1650 powrócił na ziemie polskie. Zapewne przybył do Polski w orszaku kasztelana kaliskiego Jakuba Hieronima Rozdrażewskiego i osiadł w Krotoszynie. W 1651 ogłosił drukiem w Lesznie traktat Lunae circulares periodi, który był jego jedyną opublikowaną pracą. Dołączył do traktatu Rozprawę o kwadraturze koła, w której, z wykorzystaniem zaawansowanej algebry i elementów kombinatoryki, analizował teorię proporcji.

Późniejsze losy Sylviusa nie są znane, zmarł prawdopodobnie około 1656.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @boson
6 listopada 2018 09:14

Świat widziany cudzymi oczami. Bardzo zajmujące.

Początkowo przybysze są krytyczni wobec miejscowych, potem im to przechodzi lub ich krytyka staje się bardziej łagodna.

zaloguj się by móc komentować

atelin @boson 6 listopada 2018 08:43
6 listopada 2018 09:18

Mam nadzieję, ale wypadłem z tematu.

zaloguj się by móc komentować

DYNAQ @boson
6 listopada 2018 10:41

Ładu i porządku można nauczyć :

https://9gag.com/gag/a2Zq5X9

zaloguj się by móc komentować

boson @atelin 6 listopada 2018 09:18
6 listopada 2018 11:03

no, ale warto ciekawy temat opisać...

zaloguj się by móc komentować


Tytus @boson
6 listopada 2018 11:58

"parobek musiał mieć mięso, bliny z mąki grochowej, suto zabielany krupnik i okraszoną botwinę, w której pływały grube kawały słoniny. "

Jadali lepiej, ci Żmudzini, niż my za komuny. To może od tego jedzenia wyzwalali nas socjaliści? Kolejny fantastyczny fragment. Dziękuję.

 

zaloguj się by móc komentować

atelin @boson 6 listopada 2018 11:03
6 listopada 2018 12:42

Po prostu, takie samo miasteczko na pograniczu, w którym królowali przemytnicy oraz ich rodziny, gdzie by się nie splunęło tam złodziej niemieckich samochodów..., co tu opisywać?

zaloguj się by móc komentować

boson @boson
6 listopada 2018 13:57

Nb. Szwagrem Jałowieckiego był St. Wańkowicz - ziemianin, działacz społeczny, senator II i III kadencji w II RP w latach 1928–1935, korporant Arkonii:

https://bosonweb.wordpress.com/2017/09/16/wstyd-i-pocieszenie/

 

zaloguj się by móc komentować

syringa @adamo21 6 listopada 2018 09:14
6 listopada 2018 18:15

Własnie

Tak jak w arcyciekawych wspomnieniach (wydanych tylko w części) Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej (tak z TYCH  Puttkamerów). Przywędrowała za mężem -profesorem UP do Poznania i długo nie mogła się przyzwyczaić. Jeżdżąc do majątków rodziny męża (np. ślicznego i wzorowo prowadzonego Czacza) zawsze marudziła i nie podobalo jej  się.

...az po kilku (kilkunastu ?) latach pojechała w rodzinne strony i zobaczyła jaka tam bieda i prymitywizm....

zaloguj się by móc komentować

saturn-9 @boson 6 listopada 2018 13:57
7 listopada 2018 10:07

Spośród przeszło 1300 Arkonów, od roku 1879 do dnia dzisiejszego, do najbardziej znanych należą: ... Galeria postaci z historii Polski.

Ale dlaczego pojawia sie to osobliwe "przeszło 1300 Arkonów"? Odczytując dosłownie to rachmistrz wielki korporacji przestał liczyć i cały poczet osób ponad ten święty cynk 13 plasuje się w partykule "przeszło"?

Przeszło do historii tysiąc trzysta a co z resztą? Może wyjaśnienie tkwi w dyskretnym wskazaniu nato kto tu rządzi, rządził i zamierza ...? 13 to je wpływ angielski. A jak angielski to w zasadzie dziedzictwo geniuszu myśli żydowskiej ... Et tam już wszędzie węszyć teozofię jedynego narodu wybranego ...

Namiar na rok pierwszej deklaracji ideowej 1881 wskazuje, jak z moich zwichrowanych azymutów nawigacyjnych wynika, ukierunkowanie na wyspy Albionu.

Obecna siedziba: Korporacja Akademicka Arkonia, ul. Koźla 10, 00-228 Warszawa.

Czy nie było w Wawie żadnego innego ciekawego lokalu do wynajęcia i jednym jedynym był ten na tej Koźlej 10? Moje pokręcone azymuty wskazują jednoznaczne skręcenie na teozofię 'małego narodu'. Ależ zapętlenie znaków.

Kto poprowadzi Pokolenie z partykuły 'Przeszło' na pustynię...

Prędzej czyli bliżej nam maluczkim do alchemików propagandystów nadwornych co to z ołowiu ołów wytapiali. Swąd siary i Nagan 7.62 ...

Może dowiemy się jak miłościwie panujący dom w UK podpisze odtajnienie papierów z przeszłości. Kto z nas tego dożyje... Zaakcentać wypada 'milczenie morza' a dla nas skakających koziołków nóż na gardle.

[...“13 tribes of Israel.” That is when the descendants of Ephraim and Manasseh are being counted as two different tribes, with Manasseh as the 13th tribe. (It’s interesting to note that the number 13 was prominent in early American history, as there were 13 original colonies that became the first 13 states.)]

zaloguj się by móc komentować

boson @boson
12 listopada 2018 21:34

 

zaloguj się by móc komentować


Magazynier @boson 12 listopada 2018 17:52
12 listopada 2018 22:27

"Dr Jerzy Jaśkowski

Fałszywi bohaterowie. Kto ich promuje?

Agentura City of London Corporation w tworzeniu państwa polskiego po roku 1918"

Warte inwestycji. Trzeba tylko zarobić. Szczegół. 

zaloguj się by móc komentować

boson @Magazynier 12 listopada 2018 22:27
12 listopada 2018 22:38

Dr Jerzy Jaśkowski czyli bardzo ładny szczegół. 

zaloguj się by móc komentować


zaloguj się by móc komentować